Napisane przez: perpetka | 2009-07-06

I znowu po konwencie…

Nawet nie zdążyłam napisać, że wybieram się na konwent, a tu sru i już po konwencie. Eeeech…

Niewątpliwie Avangarda 2009 to moje najfajniejsze 4 dni w tym roku. Dla totalnie niezorientowanych – Avangarda to duży warszawski konwent, czyli taka impreza, na której można posłuchać prelekcji na różne niszowe tematy, wziąć udział w konkursach i pograć w planszówki. W tym roku Ava ponownie odbyła się w szkole, do której mogę w 20 minut przespacerować się na piechotkę, więc to już był jej pierwszy duży plus.

Albo ja się robię bardziej wybredna, albo prelekcje coraz mniej zachęcające (obstawiam to pierwsze – jak pierwszy raz byłam na konwencie, to nie skreśliłam połowy programu z hasłami “to już słyszałam”, “tego gościa nie lubię”, “to mnie na pewno nie interesuje”). W związku z tym postawiłam tym razem na opcję planszówkową i nie byłam na ani jednej prelekcji (znaczy pobrałam próbki z trzech, ale małe).

W czwartek w ogóle nie wyszłam z Games Roomu – poznałam parę osób, które znałam z forum, parę zupełnie nowych ludziów i parę gier. Załapałam się też do półfinałów turnieju Jungle Speeda, ale w półfinale zupełnie mi nie poszło.

W piątek dojechała ekipa lubelska i za diabła nie pamiętam, co robiliśmy. Na pewno graliśmy w Small World. Wieczorem poszliśmy na konkursy “Prawda czy fałsz” i Potterowy. W pierwszym otarliśmy się o podium (4. miejsce), w drugim kibicowałam dzielnej drużynie RR, grając w międzyczasie na komórce. Było fajnie. Konwent zaczął obrastać karteczkami “uwaga, punkt programu ten i ten odwołany”, co znacznie ułatwiało mi decyzję, czy pójść do GR :)

Sobotę rozpoczęliśmy konkursem “z jakiego filmu ten kadr”, a potem poszliśmy w planszówki z małą przerwą na konkurs Tolkienowski. Oba konkursy znacząco poprawiły się w porównaniu z zeszłym rokiem, acz filmowy miał poważne problemy techniczne (rzutnik nie chciał działać bez prądu). Potem świetnie bawiliśmy się, zgadując pozostałe kadry przygotowane na konkurs. Poszło nam o wiele lepiej niż w samym konkursie. Niemniej głównym daniem dnia było planszówkowanie, ukoronowane doskonałą partią TtA.

W niedzielę przyszliśmy na jeden punkt programu – konkurs planszówkowy. Zgodnie z planem wygraliśmy, a nawet zrobiliśmy 120% normy, bo odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania (tak, chwalę się bezczelnie). A potem niestety konwent skończył się, ale zrobiliśmy sobie jeszcze udane after-party, a raczej after-granie. Łącznie w 4 dni 29 partii w 15 różnych gier :)

Podsumowując – bawiłam się doskonale, ale wydaje mi się, że organizacja nieco w tym roku kulała. Ja wiem, że z organizatorami konwentu jest jak z administratorem sieci – jak wszystko jest w porządku, to nikt ich nie zauważa, a jak coś zawodzi, to od razu góra pretensji… Ale jednak pomarudzę: straszny syf w toalecie, słaba promocja turnieju Dominiona, bar zaznaczony na planie w jakimś dziwnym miejscu i wystawiona tam atrapa, bez żadnej informacji, że bufet jest tam, gdzie normalnie, słaba informacja o należnych bonusach (mam wrażenie, że cośtam mi się należało za akredytację w przedpłacie, ale nie wiem, może to tylko człowiekowi przy wejściu się coś pomyliło?), no i te nieszczęsne znikające punkty programu. Żadna z tych wad nie jest specjalnie poważna ani dyskwalifikująca, ale jakoś milej by było, jakby ich uniknąć.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że z niecierpliwością czekam na Avę w roku przyszłym, a po drodze jeszcze Falkon i może też Polkon!

Napisane przez: perpetka | 2009-06-15

Algorytm genetyczny w służbie prostej gierki

Jakiś czas temu siostra pokazała mi na swojej Nokii zręcznościową gierkę, w którą pyka sobie w rzadkich wolnych chwilach. Gierka nazywa się City Bloxx. Ponieważ spodobała mi się, natychmiast poszukałam jej w necie i znalazłam flashową wersję online. Idealne zajęcie np. podczas oglądania “Californication” czy innego serialu, który nie absorbuje mózgu w 100%.

Gra składa się z dwóch części, zręcznościowej i logicznej. W zręcznościowej, która zajmuje większość czasu gry, naszym celem jest upuszczanie kolejnych pięter z dźwigu i tym samym budowanie wieży. Następnie (tu jest ta wstawka logiczna) tak wybudowaną wieżę umieszczamy na planszy 5×5 wg następujących banalnych zasad: niebieskie mogą stać gdziekolwiek, czerwone trzeba stawiać obok niebieskich, zielone tak, aby sąsiadowały z niebieskim i czerwonym, żółte tak, aby sąsiadowały ze wszystkimi pozostałymi kolorami. Warunek musi być spełniony tylko w momencie stawiania, czyli np. można postawić czerwony koło niebieskiego, a potem ten niebieski zburzyć i postawić zamiast niego zielony.

Jak można się domyślić, wieża w każdym kolejnym kolorze mieści coraz więcej ludzików (swoją drogą animacja ludzików przylatujących na parasolach do nowozbudowanych pięter jest urocza). Już po kilkunastu minutach grania zaczęło mnie męczyć pytanie “jak optymalnie ustawić budynki, żeby pomieścić na planszy maksimum ludzi?”. Kartka w kratkę, ołówek, siedzę, smaruję… i dochodzę do wniosku, że problem jest nietrywialny.

Wtedy przypomniałam sobie o projekcie z piątego roku studiów. Pisząc wówczas projekt z algorytmów genetycznych, już wiedziałam, że w tam nie jest ciekawy sam algorytm, tylko wymyślenie genetycznej reprezentacji problemu. Dlatego kod odpowiedzialny za samą część genetyczną napisałam tak wydzielony, żeby dało się go jeszcze kiedyś wykorzystać. I proszę, właśnie nadarzyła się okazja wreszcie go odkopać!

[Tu podziękowania dla wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że mam nawyk pisania czytelnego i skomentowanego kodu, podzielonego na klasy i metody. Przepraszam, że wtedy uważałam, że się czepiacie.]

3 godzinki przy klawiaturze (z czego większość to oczywiście testowanie i analizowanie wyników, a nie samo kodowanie) i już w drugim uruchomieniu algorytm znalazł rozwiązanie lepsze niż moje z kartki… Pomęczony jeszcze trochę na większej populacji i większej liczbie iteracji poprawił mój wynik o 20%. To doprawdy upokarzające, że parę układów krzemowych jest sprytniejszych ode mnie…

A oto opis genetycznego podejścia do problemu:

osobnik (chromosom) – lista kolejnych ruchów, gdzie przez ruch rozumiemy parę “pole na planszy + kolor”. Przykładowy osobnik mógłby wyglądać tak:
1. (1,1) – niebieski
2. (1,2) – czerwony
3. (1,3) – niebieski

krzyżowanie – intuicyjnie: budujemy osobnika potomnego, biorąc i-ty element losowo od jednego z rodziców

mutacja - dodanie losowego nowego ruchu na koniec listy lub podmiana dowolnego ruchu na nowy, losowy

populacja początkowa – osobniki z pustą listą ruchów

Do tego miejsca jest proste, ale pojawia się pytanie “a jak te ruchy będą nielegalne?”. O to zadbała brutalna funkcja oceniająca, która w miarę potrzeby również modyfikuje osobnika.

funkcja oceny – funkcja oceny tworzy planszę i wykonuje na niej kolejne ruchy, weryfikując ich poprawność. Jeżeli napotka ruch nielegalny, ucina listę w tym miejscu (tzn. modyfikuje osobnika) i ignoruje wszystkie dalsze ruchy. Następnie przyznaje punkty za budynki na planszy: 1 za niebieski, 2 za czerwony, 3 za zielony i 4 za żółty. Aby w przypadku remisu promować krótsze rozwiązania, dodaję też do tego składnik (n-liczba ruchów)/n. Oczywiście n trzeba przyjąc na tyle duże, żeby dodatkowy składnik był z zakresu 0-1, wzięłam 100.

Rezultat? Właśnie odpaliłam dla sprawdzenia aplikację testową. Populacja 100, 1000 er, za 22 razem algorytm pobił swój poprzedni rekord (73 punkty w 39 ruchach). Całość operacji (22 razy 1000 er) zajęła poniżej minuty, łącznie z wypisaniem najlepszych wyników do pliku i faktem, że to było w debugu. Moje “ręczne” najlepsze rozwiązanie to 58 punktów – program raczej nie schodzi poniżej 55…

Zachęcona tymi efektami zamierzam wykorzystać algorytm genetyczny w pracy, ale o tym ciii, konkurencja nie śpi…

Napisane przez: perpetka | 2009-06-10

Punkty widzenia…

Sławek zapytał mnie o coś w sprawie metody, którą zmieniał w kodzie, bo myślał, że to ja ją pisałam. Coś tam skrobie, skrobie, zerkam mu przez ramię, krzywię się…
- Kurde, nie znasz innych sposobów na zwracanie pary tekst-liczba niż “return text + “#” + number.ToString();”?
- Ale to nie ja wymyśliłem, to już tu tak było w tej twojej metodzie…
- W mojej? W mojej? Ja bym takiego paskudztwa nigdy nie napisała!
CVS -> Annotate… No oczywiście…
- W mojej, powiadasz? To czemu w CVSie ta metoda figuruje jako od początku do końca napisana przez Ciebie?
- Ja ją napisałem? Serio? Taką ładną?

* * *

A w ogóle to tak naprawdę ten dialog wyglądał trochę inaczej, ale odkąd chłopaki postawili pośrodku pokoju pudełko po herbacie i ogłosili zasadę “kto powie brzydkie słowo, wrzuca grosik”, to już takich słów, jakie tam padły, nie używam… i nie mam miedziaków w portfelu.

A tak serio, to “pudełkują” głównie chłopaki, a najweselej jest, jak ktoś łapie się na bluzgu z jękiem “o ku..wa!”. Sławek to nawet kiedyś kombosa za 3 grosze w ten sposób zrobił :)

Napisane przez: perpetka | 2009-06-08

“Le Havre” dla Agricolowców

Ostrzeżenie: Jeśli nie grałeś w Agricolę, czytanie tego posta nic Ci nie da.

Nowa gra Uwe Rosenberga pojawiła się już jakiś czas temu, ale z powodu słabej dostępności wersji angielskiej nie wszyscy, którzy chcieli, już w nią zagrali. Poniższe porównanie Le Havre z Agricolą ma  pomóc fanom tej ostatniej w szybkim ogarnięciu reguł lub podjęciu decyzji o zakupie.

Liczba ruchów i czas gry: Podobne, wręcz takie sama (przy grze “długiej” w LH). Generalnie ruchy są szybkie, ale można mieć Analisis Paralisis na wyborze ruchu lub na szczegółach (jakie wziąć usprawnienie, które towary sprzedać). Pod koniec obie gry mogą wyraźnie zwolnić, gdy gracze zaczynają nerwowo suwać surowcami i dodawać pod nosem różne liczby.

Mechanika: Najkrótszy sposób na opisanie mechaniki LH, jaki wymyśliłam, to: tak jak w Agricoli, tylko że pionki nie wracają do domu na koniec rundy (tylko zajmują pole aż pójdą gdzie indziej/ zostaną wyrzucone) i wzięcie surowców nie wymaga przestawienia pionka. Ponadto są “darmowe” akcje dodatkowe: kupno/sprzedaż budynku. Ogólnie obie to gry optymalizacyjne.

Akcje: W LH są dwa rodzaje akcji – wzięcie surowców (coś jakby korzystanie z pól, które od początku są na planszy w Agri) lub korzystanie z budynków, które pojawiają się w miarę gry (coś jakby karty etapów w Agri). Można się spierać, że karty etapów w Agri to pewniaki, a tu może się zdarzyć, że jakiś budynek, nie wejdzie do gry, ale idea jest podobna. Karty budynków standardowych podobnie jak karty rund w Agri pojawiają się w losowej kolejności, ale jednak niektóre generalnie później, a niektóre wcześniej (tasujemy na trzy stosy i sortujemy po numerkach). I widzimy od początku, jak się stosik ułożył.

Surowce: Smutna wiadomość dla wielbicieli drewnianych żetoników – surowce w Le Havre są kartonowe. Do tego nie można za bardzo się nimi bawić, bo mają dwie strony oznaczające dwie różne rzeczy – surowiec podstawowy i przetworzony. Aby np. odwrócić “rybę” na “wędzoną rybę” trzeba skorzystać z Wędzarni. Surowców jest 8 rodzajów (ryby/wędzone ryby, drewno/węgiel drzewny, glina/cegła, żelazo/stal, węgiel/koks, zboże/chleb, krowy/mięso, skóra/wyprawiona skóra) + franki (punkty zwycięstwa), czyli podobnie jak w Agricoli (drewno, glina, kamień, trzcina, zboże, warzywa, żywność, owce, dziki, krowy). Uwaga: w Le Havre nie można zjadać nieprzetworzonego zboża!

Karty specjalne: W każdej grze LH bierze udział losowy zestaw budynków specjalnych. W przeciwieństwie do kart pomocników i usprawnień z Agri, karty te są zakryte przed wszystkimi graczami i odkrywane na koniec niektórych rund. Nie jestem przekonana do takiego rozwiązania – niepewność kart specjalnych nie pozwala dobrać pod nie taktyki, więc trafi się coś, albo się nie trafi.

Żniwa: Mechanizm, który w Agri ładnie współgrał z tematem, został jakby trochę na siłę przeniesiony do LH. Co 7 ruchów musim zapłacić żywność. Jeśli mamy zboże, dostajemy kolejne (w przeciwieństwie do Agri nie wymaga siania), jeśli mamy conajmniej parkę krówek, też dostajemy kolejną. Nie pytajcie mnie, jak te biedne krowy się mnożą w tym portowym magazynie…

Brak żywności: W Agricoli kara za głodzenie jest dotkliwa – minus 3 punkty za każdy brakujący żeton naprawdę boli. W LH zamiast dawać żywność można zapłacić frankami (punktami zwycięstwa) w stosunku 1:1, a jeśli i ich zabraknie, wziąć pożyczkę na 20%. To nie jest aż tak dramatycznie i nie trzeba aż tak spinać się na wyżywianie.

Gra solo: Tu też jest jakiś nie opisany w instrukcji haczyk. Agricola: potrzeba więcej jedzenia (to akurat jest w instrukcji) i w grze familijnej Magazyn nie gromadzi żywności. Le Havre: limit 4 dóbr z Targu.

Skalowalność: Idealna w obu grach. Na każdą liczbę osób trochę inna gra.

Hate: To są gry optymalizacyjne. Nie ma hate’a. Co najwyżej surowiec można komuś zgarnąć sprzed nosa.

Replayability: Mieszaniu kart etapów z Agri odpowiada tasowanie stosów budynków standardowych i żetonów rund, natomiast losowe zestawy budynków specjalnych przypominają pomocników i usprawnienia. Wydaje mi się jednak, że w Agricoli regrywalność jest większa, bo jej clue są karty specjalne, a w Agri jest ich więcej.

Podsumowując: wolę Agri, ale w Le Havre też zagram. Zwłaszcza, że na BGG dostępny jest genialny emulator do LH, a Agri co prawda istnieje w wersji komputerowej, ale grać się w nią nie da…

Napisane przez: perpetka | 2009-06-06

Battlestar Galactica

Założenie marketingowe było zapewne takie, że widzowie remake’u serialu Battlestar Galactica, zasmuceni zakończeniem 4 serii, zapragną kontynuować znajomość z bohaterami na planszy gry wydanej przez Fantasy Flight Games. W moim przypadku było dokładnie odwrotnie – uwiodła mnie gra i skłoniła do obejrzenia serialu.

Najpierw może o serialu. To była ciężka próba mojego zaufania do ludzi, którzy powiedzieli mi “obejrzyj, powinno ci się spodobać”. Science-fiction to nie moja bajka, próbowałam kiedyś obejrzeć początek w TVP i mnie uśpił, a w ogóle to całe to jakieś brzydkie, takie bure, no i bohaterowie mnie nie porwali. Tylko ze względu na opinię przyjaciół przebrnęłam przez miniserial (będący wstępem do właściwego serialu). I teraz już mogę powiedzieć, że nie żałuję.

“Galactica” opowiada historię floty kilkudziesięciu statków kosmicznych, na których ostatni przedstawiciele ludzkiej rasy uratowali się z nuklearnej zagłady urządzonej ludzkości przez zbuntowane roboty, zwane dalej Cylonami. Tak, wiem, brzmi żenująco głupio. Na szczęście sercem serialu nie są tanie efekty specjalne kosmicznych strzelanin, tylko konflikty i relacje międzyludzkie powstające w tej szczególnej sytuacji. Mamy walkę o władzę między dowództwem militarnej części floty, rządem cywilnym i opozycją, mamy konflikt ojca z synem, mamy alkoholizm, romanse, śmiertelną chorobę, religijne przepowiednie i trochę amerykańskiego patosu o patriotyzmie i demokracji. A wszystko to w atmosferze nieustającego zagrożenia i wzajemnej podejrzliwości, ponieważ ludzie wiedzą, że wśród nich są zakamuflowani cylońscy szpiedzy… A Cyloni mają Plan…

Oczywiście zdarzają się słabsze fragmenty, jak te które moje Słoneczko komentuje “zieeeew… Titanic…”, albo żenująca dla każdego informatyka akcja z cylońskim wirusem z początku drugiej serii. No i czołówka. Skąd taki dobry serial wziął taką beznadziejną czołówkę, to nie wiem. Ta z pierwszej serii wydawała mi się fatalna, ale w drugiej serii zmienili muzykę i jest jeszcze gorsza. A mi się wydawało, że to House ma słabą czołówkę… Ale to są szczegóły, które nie zmieniają ogólnie pozytywnego odbioru.

Oprócz tego są jeszcze dwa powody, żeby oglądać ten serial. Powód pierwszy – Michael Trucco w roli Sama Andersa:

Michael Trucco - Sam Anders

Michael Trucco - Sam Anders

i powód drugi – Jamie Bamber jako kpt. Lee Adama:

Jamie Bamber - Lee Adama

Jamie Bamber - Lee Adama

No dobra, ocieram kapiącą ślinę i przechodzę do opisu gry. Gra jest dobra, a nawet bardzo dobra. Można w nią z powodzeniem grać i bez znajomości serialu, ale ze znajomością jest jeszcze lepsza, bo wydarzenia na kartach łączą się z wydarzeniami, które znamy z kolejnych odcinków i możemy lepiej odgrywać postacie.

Pudełko może spokojnie kandydować do miana najgorszego pudełka na grę – mimo ogromu komponentów (kilka talii kart różnych rozmiarów, kości, plastikowe figurki viperów, raptorów i raiderów, garść rozmaitych żetonów, jak to w grach FFG), nikomu nie przyszło do głowy zrobić porządnych przegródek, zamiast tego jest zapakowane dużo powietrza, a pośrodku rynienka, w której mieszają się ze sobą wszystkie elementy. Bez sensu. Ale na tym niedostatki wydania się kończą – wszystko jest śliczne, klimatyczne, plansza nie za duża i z fajnym bajerkiem w postaci kręcących się liczników paliwa, zapasów, morale i populacji.

Gracze wcielają się w bohaterów serialu i próbują dolecieć battlestarem na Kobol. I w grze także jest taki problem, że Cyloni są wśród nas. Karty “człowiek/Cylon” rozdajemy zakryte na początku rozgrywki. Podczas gry co ruch załoga musi przezwyciężyć jakiś kryzys za pomocą tajnego głosowania kartami umiejętności. Oczywiście celem Cylonów jest tak dołożyć karty, żeby ludzie przegrali, ale żeby nie zorientowali się, że grasz przeciwko nim. A najlepsze jest to, że w połowie rozgrywki rozdaje się drugą połowę kart lojalności i człowiek może się nagle dowiedzieć, że jednak jest Cylonem (tu znający serial ze zrozumieniem kiwają głowami). W odpowiednim towarzystwie rozgrywka przeradza się w emocjonujące polowanie na czarownice, rzucanie oskarżeń, festiwal blefu i wzajemnych podejrzeń.

Niestety w tej beczce miodu jest malutka łyżka dziegciu – w nieodpowiednim towarzystwie gra może zupełnie nie wypalić. Albo dłużyć się niemiłosiernie (nasza pierwsza rozgrywka trwała 6 godzin. To było naprawdę przegięcie), albo utracić wymiar role-playowy (”nie gadaj, dorzucaj karty”), albo zostać odarta z emocji przez nieporadnego, początkującego Cylona (”nie wiedziałem, że można po kolorze kart poznać, kto dołożył…”). Rozwiązanie jest proste: nie grać z nieodpowiednim towarzystwem, następny proszę.

Następny odcinek – dziś wieczorem, następna gra – w długi weekend. Nie mogę się doczekać :)

Napisane przez: perpetka | 2009-05-18

Moja przyjaciółka zamrażarka

Odkąd zamieszkałam “na swoim” (jakie tam ono “swoje”, ale tak się mówi), za punkt honoru postawiłam sobie, żebym zawsze miała w domu jakąś opcję obiadową i nie musiała głodna polować na czynne sklepy. Ostatnio pobijam też rekordy w kategorii “ilość czasu od wejścia do domu do rozpoczęcia obiadu”. A że wszystko to nie byłoby możliwe bez zamrażarki i kilku wypracowanych procedur, postanowiłam podzielić się moimi sprawdzonymi patentami z szerszą publicznością.

Zasada nr 1: zawsze ugotuj dwa razy za dużo i nadmiar zamroź. Tą metodą czekają na mój apetycik: kotlety mielone, gulasze i pierogi. Tym daniom mrożenie nic nie ujmuje.

Zasada nr 2: nigdy nie przegap okazji na ładne mięso. Kiedy tylko trafiam w sklepie ładne, świeże mięsko, kupuję, kroję i pakuję do zamrażarki. Karkówka czy mięso na gulasz po przemrożeniu są bardziej miękkie (tzw. “kruszenie mięsa”). Filety z kurczaka często obsmażam w kawałkach i dopiero wtedy zamrażam w zgrabnych porcjach. W ten sposób uzyskuję gotowe wkłady do mrożonych dań warzywnych (patrz zasada 3).

Zasada nr 3: Hortex et consortes twoimi przyjaciółmi. W piątek zrobienie obiadu zajęło mi dokładnie 5 minut (+ ok. 20 minut gotowania, które spędziłam przed komputerem): kawałek surowego wędzonego boczku ugotowałam w wodzie z solą, pieprzem, liściem laurowym, a potem dosypałam mrożoną “Zupę wiejską” Horteksu. Zagryzane świeżym chlebem – pycha, jeden z lepszych obiadów w tym miesiącu. Dziś wróciliśmy strasznie głodni z zakupów – paczka “Warzyw na patelnię z koperkiem” i porcja zamrożonego indyka. Do tego zsiadłe mleko (kupne – firma Jovi robi bardzo smaczne zsiadłe mleko, prawie jak domowe). Czas przy garach: 5 minut, czas robienia całego obiadu – tyle, ile rozpakowanie przyniesionych zakupów. Zawsze mam też zapas szpinaku porcjowanego (w najgorszym razie zje się sam z makaronem, w najlepszym – nada się do wielu pysznych dań, jako sos, jarzyna albo nadzienie), brokuła/kalafiora (awaryjna jarzyna do dowolnego obiadu, nie czuję różnicy w smaku między świeżym a mrożonym) i leczo (leczo zazwyczaj odpalamy, kiedy zostaje nam jakaś wędlina czy kiełbasa, której pierwsza świeżość już minęła).

Zasada nr 4: nic się nie zmarnuje. Nadmiar pieczywa zawsze można zamrozić (zaraz po kupieniu, nie jak zaczyna pleśnieć). Pozostałe po zapiekance pół papryki, które zaraz zwiędnie – pokrojone, zamrożone, zasili kiedyś jakieś leczo. Resztka mięsnego sosu – zamrozić w miseczce, potem przełożyć do woreczka – doda smaku bigosowi albo z powodzeniem zastąpi kostkę rosołową. Pokrojony koperek i natka pietruszki (umyte i wysuszone przed zamrożeniem – wysuszone w sensie, żeby nie mokre od mycia, nie suche jak suszone zioła) zawsze mają w mojej zamrażarce swoje pojemniczki – rozmarzają na ziemniakach lub w zupie.

Zasada nr 5: miej zapasy w spiżarce. Mając w domu jajka, olej, mąkę i mleko, zawsze mogę sobie ćmachnąć naleśnika czy omleta. Ryż, makaron albo kasza zapewnią mi bazę do dowolnego skarbu z zamrażarki. Do tego jeszcze zestaw uniwersalnych dodatków obiadowych: ogórki kiszone i konserwowe, kukurydza w puszce, fasolka szparagowa w słoikach (mrożona fasolka szparagowa traci albo to Hortex bierze jakąś gorszą fasolkę do mrożenia), sałatka z selera w słoikach, itp. itd. – tylko odsączyć i podać (no, czasem jeszcze podgrzać). Tu polecam firmę Rolnik, zwłaszcza fasolkę – ostatnio nie mogę jej jakoś upolować, a jest smaczniejsza i w lepszej cenie niż puszkowana.

Zasada nr 6: nigdy nie wkładaj do zamrażarki nieopisanych paczuszek. Nigdy. Serio. Walczyłam o to parę lat z moją mamą, dostając szału od domyślania się, z którego roku te pierogi i jakie mięso kryje się pod warstwą szronu. Nigdy więcej.

Napisane przez: perpetka | 2009-05-11

Kompilator jak…

Od Słoneczka z pracy:

- Próbowałem zbuildować projekt w Mavenie i mi napisał, że się nie da, bo błędy. No więc uruchomiłem z przełącznikiem -e, żeby się dowiedzieć, jakie błędy. To zbuildował. I tak sobie myślę, że Maven jest jak kobieta – niby coś nie gra, ale jak się pytasz, jaki jest problem, to się okazuje, że nie ma żadnego problemu…

Napisane przez: perpetka | 2009-05-08

Zmartwienia

Przyglądam się wyrokowi wagi łazienkowej.
- Kochaaaanie? – miauczę do Słoneczka. – A ty się nie martwisz, że jak tak będę chudła i chudła, to w końcu zniknę?
- Nie, i to z dwóch powodów nie. Po pierwsze, nie można tak schudnąć, że się zniknie. Po drugie, jak znikniesz, to będę miał jedno zmartwienie mniej :P

Romantic, isn’t it? :>

Napisane przez: perpetka | 2009-05-07

Udany dobór słów

Parę dni temu zadzwoniła do mnie babcia z życzeniami. I nie wiem, czy zabrakło jej odpowiedniego słowa (chłopak, partner, konkubent, kochanek?), czy zapomniała, jak Słoneczko ma na imię, ale wyszła z tego perełka:

- Zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń, żeby ci się układało z twoim… eee… z twoim panem…

Napisane przez: perpetka | 2009-04-29

Recenzownia

Pokrótce,  z kronikarskiego obowiązku:

Filmy

Kung-fu Panda – całkiem milutkie, ale raczej nie pozycja obowiązkowa. Najwięcej radości w oglądaniu tego filmu sprawiło mi oglądanie radości Mojej Lepszej Połowy – popłakał się ze śmiechu.

Sezon na misia 2 – cieniutkie… dla fanów części pierwszej i niezbyt wymagających. Ani tekstów, ani gagów…

Szybcy i wściekli – nie wiem, zasnęłam po 20 minutach :) Słoneczku się podobało.

Książki

Filary ziemi (Ken Follet) – sięgnęłam po nią, bo mam planszówkę opartą o powieść. Książka wbiła mnie w fotel (w zasadzie nie do końca, bo wbiła mnie też w łóżko, siedzenie w tramwaju i w chodnik – a miałam już nie chodzić po mieście ze wzrokiem w książce!). Niby nic specjalnego – powieść obyczajowa osadzona w XII-wiecznej Anglii – a nie mogłam się oderwać. Losy postaci przeplatają się ze sobą, jest wojna, miłość i oczywiście budowa katedry, a wszystko to napisane tak wartko i sprawnie, że wciąga jak chodzenie po bagnach. Jeśli ktoś czytał “Katedrę w Barcelonie” – to taka “Katedra w Barcelonie”, tylko lepsza.

Kamień Rozstania (Tad Wiliams) – 2. tom rzekomej trylogii “Pamięć, Smutek i Cierń” – rzekomej, bo trzeci tom składa się z 4 książek :D Nie mam bladego pojęcia, czemu ja tak czytam tego Williamsa, złe to to nie jest, ale literatura wysokich lotów też nie bardzo. Ile można tłuc motyw wędrówki + motyw dojrzewającego bohatera? Wychodzi na to, że bardzo długo i nadal dobrze się czyta :)

Marley i ja (John Grogan) – ciepła, zabawna i wzruszająca opowieść o nie do końca normalnym psie i jego wpływie na rodzinę. Bardzo polecam. W okolicach 1/3 książki i pod koniec należy mieć pod ręką chusteczki. Dużo.

Starsze wpisy »

Kategorie