
Wiem, że niepodobne do rodziców, ale ma dopiero dwa centymetry, dajcie mu szansę…

Wiem, że niepodobne do rodziców, ale ma dopiero dwa centymetry, dajcie mu szansę…
Szwagierek: no dobra, zmykam spać
Szwagierek: bo o 3 trzeba wstać, żeby zegary poprzestawiać…
Napisane w Snippets | Tagi:zmiana czasu
Wstęp i disclaimery
W ostatnio piątek miałam przyjemność zagrać z Filipem w Middle Earth Quest, stosunkowo niedawno wydaną, dużą pozycję Fantasy Flight Games. Poniższy opis jest zupełnie nieuprawnioną po-jedno-rozgrywkową recenzją i nie jest polecany do lektury dla nieplanszówkowiczów
Opis gry z nawiązaniami do innych gier
Celem gry jest – surprise, nie chodzi o zdobycie jak największej liczby punktów. Celem gry jest w momencie zakończenia gry mieć zrealizowany Sekretny Cel (coś jak Secret Agenda cylońskiego lidera w dodatku do BSG). Jeden cel mają Bohaterowie, drugi Sauron. Jeśli jest remis, czyli obie strony zrealizowały cel albo obie nie zrealizowały, odbywa się Finałowa Walka z Przedwie… tfu, z Nazgulami.
Gra kończy się gdy znacznik historii dojdzie do końca toru. Ale nie ma lekko, bo znaczników jest 4 – jeden bohaterów, trzy Saurona i jest jeszcze jedna dodatkowa zasada, że jak wszystkie trzy znaczniki Saurona przejdą pewien punkt na tracku… Nieważne. Pi razy oko gra trwa ustaloną liczbę rund, przy czym Sauron może trochę ją przyspieszyć.
Plansza jest gigantyczna i usiana lokacjami jak w Androidzie, ale lokacje są połączone ścieżkami, jak w Arkham Horror. Dla kogoś, kto nie ma obcykanego Tolkiena, nauczenie się, gdzie co jest, może być na początku nieco problematyczne, na szczęście poszczególne regiony oznaczone są kolorami. Każde przejście między lokacjami opisane jest liczbą i symbolem, aby z niego skorzystać, należy odrzucić z ręki tyle kart ile wskazuje liczba lub jedną z danym symbolem.
Tu warto omówić ciekawy, karciankowy mechanizm zasobów Bohatera. Każdy Bohater posiada talię swoich własnych kart (talia ta może ulegać zwiększeniu o dodatkowe karty, tzw. karty treningu, wskutek eventów), która tworzy jego Pulę Życia. Co rundę dociąga się z niej do ręki tyle kart, ile wynosi Fortitude postaci. Karty z ręki zużywa się podczas walki i do przemieszczania się po planszy, odkładając je do Puli Zmęczenia. Także odniesione w walce obrażenia oznacza się kartami, przekładając je z Puli Życia do Puli Obrażeń. Aby karty wróciły do Puli Życia z pozostałych Pul, należy Odpocząć lub Uleczyć się, a to daje punkty Sauronowi (konkretnie – przesuwa jeden z jego najbardziej zapóźniony znacznik).
W każdej rundzie najpierw wykonuje ruch Sauron, potem po kolei Bohaterowie. W grze dwuosobowej Bohater rusza się dwa razy pod rząd i mój Sauron bardzo na to narzekał.
Nie wdając się w szczegóły, w przebiegu rund widać pokrewieństwa z innymi grami FFG. Jest faza Westeros vel karty Mitów. Jest rozkładanie na planszy dziesiątek żetonów. Jest zbieranie przez Bohaterów klusiów, przepraszam, favorów, które uzbierawszy, biegną zamknąć bramę, przepraszam, usunąć Sauronowego Plota. Jest Encounter na zakończenie ruchu Bohatera – ciągniemy karty z odpowiedniej dzielnicy, przepraszam, regionu i coś się dzieje. Jest zagrywanie Kart Cienia (nawet tak właśnie się nazywają) przez Saurona na Bohaterów. Są przedmioty, które robią Bohaterom dobrze i Karty Korupcji, które robią im źle, wszystkie w zgrabnym rozmiarze mini-American. Jest kładzenie na planszy zakrytych żetoników, pod którymi może się kryć młody wampir lub… eee… pod którymi kryje się jakiś potwór (to jest akurat o tyle lewe, że biedny Sauron te potworki losuje, a nie wybiera). Są questy, wypisz-wymaluj przypominające Androidowe ploty, tylko czas im nie tyka.
Walka w MEQ polega na jednoczesnym zagrywaniu kart i próbie przewidzenia, co też zagra przeciwnik (trochę Cosmic Encounter, bardziej Dracula). Trwa do wyczerpania obu walczących stron (zużycia wszystkich punktów siły) lub do zgonu. Zgon nie jest szczególnie dotkliwy, bohater-denat budzi się w najbliższym Heaven (jak w AH).
No i do tego są oczywiście śliczne połamane figurki. O ile pamiętam stan egzemplarza, na którym grałam, to suma strat wynosiła kilka elementów – na pewno była w woreczku luźna ręka z toporkiem, na pewno jeden koń Nazgula nie miał przedniej nogi. Jak się człowiek nie przygląda, to bardzo się w oczy nie rzuca, ale jednak trochę obciach, że głupich figurek z plastiku nie potrafią tak zaprojektować, żeby się nie rozsypały. Figurki są smutnoszare, maniacy na pewno je malują.
Podsumowanie i wrażenia
Wrażenia z gry mam jak po większości przygodówek – było bardzo miło, cieszę się, że zagrałam, wątpię, żebym jeszcze kiedyś miała ochotę
Grałam Bohaterką Eleanor i odniosłam wrażenie, że gra Sauronem jest ciekawsza. Sauron ma jakieś decyzje – wybiera, które ploty zagrać, czy chce rozwijać wszystkie znaczniki, czy się wyspecjalizować, musi coś zaplanować parę rund do przodu i modlić się, żeby mu nie popsuli. Bohater gra tak dość prosto – tam leży plot, tam idę go ubić, takiego mam questa, to go idę zrealizować, tu stoi bonus, to po niego pójdę. Też są jakieś decyzje do podjęcia, jakieś zarządzanie ręką, ale niezbyt ambitne. Może i słusznie, bo to ameritrash, a nie euro. W swojej klasie gra niewątpliwie dobra, boli tylko w zasadzie niewielka ilość kart – ale to oczywiście dla wydawcy pole do tzw. “dojonka” na dodatkach.
Napisane w Recenzje | Tagi:gra planszowa, Middle Earth Quest, planszówki
Nabyłam drogą kupna bardzo ładną polędwiczkę wieprzową w pobliskim Społemie. Ponieważ Słoneczko znów cały weekend pracowało, miałam czas, żeby zrobić ją na obiad aż w 6 smakach. Nie miałam ochoty na takie kotlety jak robi mój tata (cienko rozbite, z przewagą panierki nad mięsem), więc wymyśliłam, że będzie owszem w panierce, ale dość grube.
Najpierw mięso należy pokroić w plastry grubości ok 1,5 cm. Kilka plasterków trzeba będzie naciąć, tworząc “kieszonkę”, więc najlepiej zrobić to już w trakcie krojenia. Następnie przystępujemy do przyprawiania i panierowania na 6 sposóbów:
Wszystkie kotlety smażyć najpierw na mocnym ogniu z obu stron, żeby się zrumieniły, a potem potrzymać z kwadrans na małym (najlepiej pod przykryciem), żeby nie były w środku surowe. Przed podaniem najlepiej upewnić się, rozkrawając jednego, czy się przegrzały.
Sugerowane dodatki: marynowane grzybki, marynowany imbir (zwłaszcza do orientalnych), żółty ser rozpuszczony na wierzchu, papryka, jajko sadzone…
Moja polędwiczka ważyła nieco ponad pół kilo i okazało się, że nie daliśmy jej we dwoje rady i wystarczy jeszcze na następny dzień (no, może trzeba będzie dodać jajko sadzone, albo trzeba było zjeść mniej na pierwszy raz). Do panierowania wystarczyło jedno jajko.
PS. Używałam granulowanego czosnku i mielonego imbiru, ale jak ktoś jest mniej leniwy, to świeże oczywiście też mogą być.
PS2. Okazało się, że skończyła mi się kolendra, więc musiałam ją zastąpić pieprzem.
Napisane w Przepisy
Siedzę sobie późno sama w pokoju w biurze, więc włączyłam sobie muzykę. Wchodzi szef.
- O, Backstreet Boys słuchasz?
Zrobiłam wielkie oczy:
- To że ja słucham BSB to się da jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale że ty ich rozpoznajesz po samej zwrotce…?
Perpetka do helpdesku: “Proszę o upewnienie się, że emaile —–, —— i —– są prawidłowo podpięte to aliasów ‘it’ i ‘all’”
Helpdesk do Perpetki: “Upewniliśmy się. Nie są.”
Napisane w Snippets | Tagi:biuro, helpdesk. email
Zaległy zestaw recenzji.
Książka “Dom nad rozlewiskiem” Małgorzaty Kalicińskiej. Zauważyłam ją w lipcu u teściów i zaczęłam czytać. Nie mogłam niestety pożyczyć, bo miał ją “w czytaniu” teść! Tak, dobrze widzicie, teść – teściowa już przeczytała. Nabyłam więc własny egzemplarz, pożarłam, pożyczyłam mamie, pochłonęła i pożycza kolejnej koleżance. I wujek, okazuje się, przeczytał już wszystkie 3 części… Książka to niebywale ciepła i pozytywna opowieść o kobiecie w średnim wieku, która rzuciła wszystko i pojechała na Mazury. Mówi o relacjach międzyludzkich, o trudnych sprawach rodzinnych, o kobiecym spojrzeniu na świat. Niby takie nijakie paplanie o niczym, a zupełnie zasłużony bestseller. Polecam.
Książka “Piekło pocztowe”, Terry Pratchett. Normalnie czytam Pratchetta w oryginale, ale biblioteka była nieczynna i potrzebowałam na szybko kupić coś do czytania w pociągu. Pratchetta polecać nie trzeba, napomknę tylko, że w tej powieści było o poczcie (nie spodziewalibyście się po tytule, huh?) i przewadze listów na emailami… eee… wiadomościami sekarowymi, o bezdusznych korporacjach, niewolnictwie (a może golemy bardziej były alegorią na zwierzęta niż niewolników?), hakerach, filatelistyce i Nadziei. Doskonale skomponowane, jak zwykle.
Gra komputerowa “Plants vs. Zombies”. Zombie idą przez Twój ogródek, a Ty możesz bronić się tylko swoimi Groszkoplujkami, Kapustopultami i Grzybkami-Halucynkami… Na zbliżającego się zombie-Jacksona (gra powstała przed śmiercią Michaela i nawiązuje do teledysku Thriller, proszę nie krzyczeć o złym smaku) najlepsza będzie Wybuchowa Wisienka, a kosiarki na końcu trawnika będą naszą ostatnią linią obrony… Wszystko kolorowe z uroczym tłem muzycznym i prześmiesznym Szalonym Dave’m jako poradnikiem. Nie chcecie w to grać, bo uzależnia. Naprawdę nie chcecie. OK, zostaliście ostrzeżeni – oto link.
Gra towarzyska “Dixit”. OMG, Dixit jest jedyną nową grą jaką poznałam od Avangardy! Zaniedbałam się przez to granie w prototypy! Ad rem: Dixit to zupełnie nietypowa gra karciana z zupełnie niepotrzebną planszą i za dużym pudełkiem. Najbardziej przypomina grę w kalambury. Gracze otrzymują pięknie ilustrowane karty – miałam kiedyś wydanie Andersena ilustrowane w podobnym klimacie. Zasady są dwuminutowe: Gracz rozpoczynający – Narrator wybiera jedną za swoic kart, kładzie ją zakrytą i prezentuje jakieś skojarzenie, jakie ma z jej obrazkiem. Wszyscy pozostali gracze dorzucają po jednej karcie, aby zmylić przeciwników, następnie karty odkrywa się i każdy zgaduje, którą z nich miał na myśli Narrator. Jeśli skojarzenie było zbyt oczywiste i wszyscy zgadli lub skojarzenie było za trudne i nikt nie zgadł – Narrator nie dostaje punktów. Ponadto dostają punkty wszyscy, którzy zgadli i ci, którzy swą dołożoną kartą kogoś zmylili. Następny gracz zostaje Narratorem. Koniec zasad. Wadą Dixita wydaje mi się konieczność grania w specyficznym gronie. Gra z obcymi to loteryjka – zgadną albo nie, niewiele o nich wiesz (spodziewalibyście się, że ktoś nie wie, kto to jest Buka z Muminków)? Gry ze znajomymi nie próbowałam, ale jeśli w grupie są osoby o większym i mniejszym stopniu zażyłości, to te lepiej się znające są w stanie wymyślać nieprzeniknione skojarzenia – np. z jakimś wydarzeniem, o którym nikt poza nimi nie wie. Ogólnie zagrać trzeba, żeby zobaczyć, z czym to się je, ale kupować, zwłaszcza za te pieniądze (>100zł) to już niekoniecznie.
Implementacja gry karcianej online “Race for the Galaxy” na Genie Game Server. Troszkę toporne, ale można pograć w R4tG z dodatkiem Gathering Storm bez tasowania kart i wstawania od kompa. Właśnie przerżnęłam turniej
Polecam.
W biurze.
ja: Tomek, chyba mamy w biurze jakąś cylonkę
Tomek: czemu?
ja: bo w damskiej toalecie już trzeci raz widziałam śrubkę na dnie muszli!
Napisane w Snippets | Tagi:Battlestar Galactica, biuro, cylon
Proporcje na ok. 8 porcji
Mięso zamrozić, żeby skruszało (ja zwykle mrożę dlatego, że w dniu zakupu nie chce mi się robić). Po rozmrożeniu pokroić w poprzek włókien na paski. Partiami przesmażać krótko na oleju (koniecznie partiami, tak po pół patelni – w przeciwnym razie mięso puści wodę , która nie zdąży odparować i zacznie się duszenie zamiast obsmażania). Ważne – nigdy nie solić wołowiny przed smażeniem, bo robi się twarda. Obsmażone kawałki przekładać do garnka. Na koniec smażenia wrzucić na patelnię pokrojoną w plasterki cebulę i wytrzeć nią patelnię. Przy okazji cebula lekko się podsmaży. Wrzucić do garnka.
Do garnka dołożyć: pokrojone w paseczki obie papryki, pokrojone w plasterki ogórki, przyprawy, musztardę. Jeśli przypadkiem ma się na palniku obok domowy rosołek, chlapnąć kubek do gulaszu. Kostkom rosołowym mówimy nie! Jeśli nie mamy bulionu, trudno, zalewamy wodą, będzie mniej sosu. Płyn nie powinien przykryć całego mięsa – jeszcze trochę soków puści papryka.
Dusimy na malutkim ogniu przez ok. 2 godziny, aż mięso będzie mięciutkie. Próbować w trakcie i doprawiać do smaku! Pod koniec gotowania w opiekaczu / tosterze / co tam kto ma zrobić tosty z chleba tostowego posmarowanego masłem i posypanego ziołami prowansalskimi.
Zupo-gulasz nakładać do głębokich talerzy nie żałując sosu. Zaciągnąć śmietaną (nieobowiązkowo). Do sosu wrzucać kawałki tosta, które powinny nasiąkać mocno z jednej strony, a zachować chrupkość z drugiej. Odkryłam to połączenie wczoraj i jestem nim zachwycona.
Ale można też podawać z makaronem, ryżem, kopytkami, plackami ziemniaczanymi lub ziemniakami, wedle uznania.
* * *
A z innej beczki: takie kanapeczki dostało wczoraj na śniadanie Słoneczo, aby odwrócić jego uwagę od faktu, że poza składnikami na powyżej opisany obiad w lodówce jest tylko serek śmietankowy i światło.

Słoneczko moje skoczyło sobie na spadochronie ostatnio. Trzy razy.
Mama: jak latawiec? zszedł na ziemię?
ja: latawiec gada jakieś głupoty w rodzaju “następnym razem wezmę cię ze sobą i zobaczysz, jak ci się spodoba”
Mama: ROTFL
Mama: a mnie tez zabierze?
ja: oczywiście, przecież każdy mężczyzna chciałby móc opowiadać “wypchnąłem teściową z samolotu”, nie?
…
Mama: a z czym to jest porównywalne? z lotem samolotem, z windą szybką, z niczym?
Słoneczko: wyjdź sobie na balkon za barierkę i na sekundę się puść – to mniej więcej takie uczucie
Mama: jak będę się chciala puscic to nie na balkon pójdę :>
Napisane w Snippets | Tagi:skoki spadochronowe, teściowa