Piątek
11.20 Odebrałam Inka i Elanor i zakwaterowaliśmy się w mieszkaniu, które specjalnie dla nas tata na weekend opuścił. Mam najlepszego tatę na świecie!
13.00 Siedzimy na korytarzu bardzo jednowymiarowej szkoły, w której odbywa się Avangarda i usiłujemy ogarnąć, gdzie co jest. Zdaje się, że każda instrukcja dotarcia gdzieś brzmi “prosto, prosto, jak nie będzie można iść dalej prosto, to w lewo, dalej prosto…”. Koło nas odziany w czerwony inkwizytorski habit Org zapytuje dwóch zagubionych uczestników: “Czego szukacie?”. “Oświecenia” odpowiadają.
14.00 Udajemy się z Elanor na dwugodzinny panel dyskusyjny “Turystyczno-praktyczny wypad w średniowiecze”. Prowadzący nie sprawia wrażenia specjalnie przygotowanego, ale i tak jest kupa śmiechu, kiedy opracowujemy chytry plan zawiązania spółki z miejscowym kowalem i krawcem, coby pomogli nam zbudować napełniany metanem sterowiec, dzięki któremu zaniesiemy ludom średniowiecza zdobycze Rewolucji.
16.00 Wobec braku interesujących pozycji programowych idziemy do Games Roomu na krótką partyjkę “Manilii”. Partyjka trwa prawie 3 godziny, ale bawimy się całkiem nieźle, wysyłając nasze przemytnicze łódeczki do portu (biała łódeczka jest pechowa).
19.00 Idę na premierę “Ciemność płonie” Ćwieka. Kuba jak zwykle wypełnia osobowością całą salę i z zapałem opowiada, jak osadzał fabułę powieści na katowickim dworcu: “No i oprowadzam koleżankę po dworcu, pokazuję jej, które elementy dworca szczególnie zagrały w mojej książce i koło takiego kiosku mówię “a tu spaliłem bezdomnego”. Nie macie pojęcia, jak się wszyscy ludzie odsunęli…”. Zapytany, czy książka jest dobra, skromnie odpowiada “Kurt Vonnegut mawiał, że każdą kolejną książką zbliża się do ideału. Ja moją planowałem, żeby była równie dobra, jak jego ostatnia, a wyszła mi jeszcze trochę lepsza.”. Skarżył się też na Piotra Cholewę, że kiedy młody pisarz opowiada mu pełen nadziei o swoim najnowszym pomyśle, ten często odpowiada “Aha, [tu pada tytuł], dobry film, oglądałem ostatnio”.
20.00 Wspomagam duchowo Inka i Elanor na konkursie tolkienowskim. Ostatecznie po równej walce zajęli drugie miejsce za Eldarionem. Prowadzący konkurs chyba w połowie zorientowali się, że uczestnicy znacznie przewyższają ich wiedzą. Nawet ja znałam odpowiedzi na niektóre pytania!
21.00 Z braku lepszego pomysłu kompromitujemy się na konkursie pratchettowskim. Wynika z niego, że mamy jeszcze wiele do poczytania i powtórzenia. Prowadzący pratchettowo prowadzi rywalizację, nie przeszkadza mu gwar i chaos gęsty niczym wody (?) rzeki Ankh i przyznaje punkta za rzuconą z sali odpowiedź “Smerfy” zamiast “Nac Mac Feegle”
22.30 Mieszkanie przeżywa najazd. Przychodzą z nami Asia i Cezi, przyjeżdża Grabarz z narzeczoną wręczyć zaproszenia na ślub i dołącza Słoneczko. Siedzimy do późna nad kilkoma kanapkami, arbuzem i jednym winem.
00:30 bAdmin się stęsknił i dzwoni, że strona nie działa. Szczęśliwie naprawiłam przez telefon.
Sobota
10:00 Rozdzielamy się - ja idę na konkurs melodyjkowy, reszta ekipy na “z jakiej gry jest ten screen?”. Nikomu się nie powiodło. Ja odpadłam w przedbiegach, udało mi się skompromitować na Star Warsach. Potem znęcałam się nad Miśkiem, że miał tyle punktów, co lamerka nie znająca SW
Za to w fazie finałowej jako jedyna (już poza konkursem) rozpoznałam “Piękną i bestię”.
12:00 Znów Gier-pokój i znów Manila (chociaż zaczęli od takiej śmiesznej gry w latanie samolocikami - chyba “Wings of War”). I znów ściana deszczu za oknem. Tym razem wygrałam
13:30 Pobieram kwadrans próbki z prelekcji “Krwawe ofiary”. Prowadzący bardzo akademicki, w momencie dojścia do konkluzji, że kara śmierci też może się liczyć jako krwawa ofiara, spadam. Za mało krwi jak na moje wyrafinowane gusta
13:45 Zawieramy znajomość z konwentowym barem (”Karczma pod Palantkami”). W tym roku w konwencji hawajskiej, więc zamawiamy m.in. Ukulele, Hula, Tiki-Tiki i Wulkan Rozkoszy (zapiekanka, bułka z parówką, hot-dog i schabowy). Asia narzekała, że w Wulkanie było za dużo czosnku, mnie moje bardzo smakowało.
14:00 Idziemy ze Słoneczkiem na “Psychopatologię w grach fabularnych”. Liczyłam na jakieś ciekawostki, niestety nie była dobrym targetem dla prelekcji, bo skupiono się na drugiej części tematu.
15:00 Spotykamy się na prelekcji Cholewy “Piramidy i inne kamienie oraz ukryte w nich sekrety wszechświata”. Dowiadujemy się, że stosunek obwodu do wysokości Piramidy Cheopsa wynosi prawie dokładnie Π, poznajemy definicję prawdziwego fana (”Prawdziwy fan SW ogląda “Mroczne Widmo” tak długo, aż mu się spodoba”) i falsyfikujemy popularne teorie dotyczące posągów z Wyspy Wielkanocnej (”Twierdzono, że tubylcy, nawet jeśli potrafili je wykuć, nie byli w stanie tego postawić. Ale Heyerdahl postawił im flaszkę i mu takiego postawili”). Zmywamy się jednakowoż przed końcem, aby Słoneczko mogło zdążyć na…
16:00 Prelekcja “Prawdziwa magia jest tylko w piwie” Rafała Dębskiego. Jedna z lepiej przeprowadzonych na konwencie, niestety bez degustacji
Wiedzieliście, że w kulturze babilońskiej piwowara uznawano za krewnego bogów i nie można go było brać do wojska? Natomiast w czasach nieco późniejszych mistrz piwowarski musiał wrzeszczeć nad kotłem, aby odstraszyć duchy psujące piwo. Im głośniej, tym więcej mocy nabierało piwo, a im czyściej, tym było klarowniejsze. Na koniec dowiedzieliśmy się, że wśród składników piwa Lech są płatki ziemniaczane, skrobia ziemniaczana i spirytus - smacznego.
17:50 Szybka wyprawa do baru, aby posilić strudzone ciało. Bar jest naprawdę dobry.
18:00 Spotkanie ze Staszkiem Mąderkiem (kto nie zna, niech żałuje). Staszek zdradzał nam tajniki motion capturingu, co streszczało się zdaniem “jak coś gwałtownie staje, to kulki się trzęsą”.
19:00 Prelekcja “Historie nieznane”. Była bardzo ciekawa, zaczęła się od ezoterycznych poszukiwań Hitlera i ciekawej postaci niejakiego Ossendowskiego, potem było o czarnoksięstwie wykładanym na UJocie, Księdze Kapłanek Lilith i Hejnale Mariackim (podobno słynna legenda o hejnale powstała w XIX w., wymyślona na poczekaniu przez przewodniczkę amerykańskiego turysty). Gdzieś przy lykantropii i jej postrzeganiu wśród ludów Europy zmogło mnie ostatecznie i przysnęłam na ławce. Prowadzący miał taki spokojny, cichy głos…
21:15 Po nieudanych poszukiwaniach konkursu “Zostań cthultystą” zebraliśmy się na prelekcji o grach z gościem z CD Project. Była to już sama końcówka, dyskusja i pytania, która sprowadzała się do tego, że ktoś wymieniał tytuł gry, a reszta wzdychała z zachwyten i nostalgią lub wręcz przeciwnie
Niemniej Hekatonpsychosa trzeba sobie dopisać do kolekcji prelegentów, na których się chodzi.
22:30 Yeah! Kolacja!
00:00 Pogramy w coś?
00:15 To może najpierw się wykąpiemy, a potem zastanowimy?
1:15 No dobra, jesteśmy czyściutcy i pachnący… I śpiący…
Niedziela
9:30 Absolutny szczyt burżujstwa - jajecznica na śniadanie w czasie konwentu.
11:00 Konkurs “kadrowy” (z jakiego filmu jest ten kadr). Nie był to udany konkurs i była to wina nie tylko kilkunastu kadrów z dzieł typu “American Pie”.
13:00 Błąkamy się bez sensu do chwili podjęcia decyzji, że ściągamy Asię i Cezarego i idziemy grać w Caylusa.
15:00 Mmmm! Caylus grany zgodnie z zasadami to bardzo dobra planszówka jest!
18:15 Odstawiamy ekipę lubelską na dworzec i kończymy konwent. …weekend …urlop… Buuuuu!
20:15 Cotygodniowa siatkówka. W czasie rozgrzewki dostaję zaserwowaną z całej siły piłką w głowę. Jeśli napisałam coś bez sensu, to dlatego.