Chłopaki moje wczoraj potajemnie się na coś zmawiali. Najpierw na yahoo, jak myśleli, że nie widzę - pewnie bym nie widziała, gdyby nie odczuwali potrzeby ubogacania konwersacji mimiką i wymianą spojrzeń, wymianę spojrzeń przez cały pokój z wychylaniem się zza monitora dość łatwo zauważyć
- a potem na korytarzu… za naszymi przeszklonymi drzwiami. Całe szczęście, że pracują w IT, a nie w konspiracji
No i dziś Konrad wyciąga bombonierę, Tomuś wkracza do pokoju z pięcioma czerwonymi różami i rozpoczyna przemowę:
- No więc w tym szczególnym dniu postanowiliśmy przyjąć, że jednak jesteś kobietą, a kobiety lubią kwiaty… Co, ja mam dalej mówić? No ok, ale mi to będzie niezręcznie… Bo tak: życzyłbym ci szczęścia w życiu osobistym, ale jakby to oznaczało, że założysz rodzinę i pójdziesz na macierzyński, to ja zostanę menadżerem…
A szczęście w karierze - to może znaczyć albo awans, więc ja bym został menadżerem
albo, że odejdziesz gdzieś indziej… i też ja bym został menadżerem…
no więc szczęścia i zdrowia ci życzymy…
[ końcówki nie jestem pewna, bo już płakałam ze śmiechu i nie dosłyszałam
]
* * *
Ewa, Gosia, B. i Pablo (kolejność alfabetyczna) z kolei wyciągnęli mnie z pokoju i wręczyli na osobności elegancki szklany bibelot z banderolką na zakrętce ![]()
- To tak żebyś o nas pamiętała - powiedziała Gosia.
- Moja droga, jak to wszystko wypiję, to nie tylko o was zapomnę…
* * *
Chwilę później relacjonowałam dzień Słoneczku:
> dostałam od Gosi, Pawła, Marty i Ewy flaszkę Martini
> a od elektrowni/administracji/nie wiem kogo sekundowa przerwe w dostawie pradu
> ktora zresetowala mi kompa
> to teraz i ja sie bede mogla zresetowac