Weekend spędziliśmy w Krakowie z okazji ślubu znajomego. Mieszkaliśmy w pięknym apartamencie, załapaliśmy się na darmową degustację win, fireshow, duuużo lodów, jedliśmy pyszne śniadanko na zalanym słońcem Rynku… Jedyną wkurzającą rzeczą był na oko dziesięcioletni chłopaczek (Rom? Rumun?), który o 8 rano zasiadł pod naszym oknem z akordeonem, grając w kółko sekwencję kilkunastu dźwięków, odlegle przypominających “Happy Birthday”. Podejrzewam, że może zarabiać kokosy od właścicieli okolicznych sklepów, którzy pewnie płacą mu, żeby już, do cholery, poszedł gdzieś indziej…
Kraków przywitał nas zbierającą się właśnie paradą równości, marszem tolerancji, czy jak to się tam zwało. W tym czasie na rynku maszerowało w kółko kilkuset niezbyt owłosionych młodzieńców z NOP, wykrzykujących hasła w rodzaju “Wielka Polska katolicka” i wymachujących transparentami, które z nauką katolicką wiele wspólnego nie miały. Turyści z zagranicy patrzyli na ten folklor okrągłymi oczami.

I oczywiście kupiłam sobie nowe kolczyki
Tym razem w kształcie indiańskich łapaczy snów - podobno przepuszczają do śpiącej osoby tylko dobre sny. Chyba nie przetestuję, bo są z tak delikatnego, miękkiego srebra, że na wszelki wypadek zdejmuję je na noc.
