Przedwczoraj skończyłam czytać “Króla Bezmiarów” Feliksa W. Kresa. Dopiero po tym dowiedziałam się, że książka ta dostała Zajdla w ‘92 i że jest drugim tomem cyklu (na szczęście dość autonomicznym).
Pierwszy błąd jaki popełniłam, to czytanie wydania z ‘92. Korekta z wydawnictwa Aurora powinna do dziś siedzieć w jakimś ciemnym kącie i się wstydzić. Liczba przepuszczonych literówek i ordynarnych błędów ortograficznych przekracza wszystkie dopuszczalne normy, niejeden blog w internecie jest staranniej redagowany. Wydanie to miało jednakowoż tę zaletę, że kosztowało 10 zł w antykwariacie.
Sama historia jest mroczna, pokręcona i ciężka do zrozumienia. Być może powinnam przeczytać jeszcze raz, żeby połapać wszystkie wątki. Niewątpliwie wielką zasługę w zagubieniu czytelnika można przypisać imionom postaci. Ja jestem z tych, dla których imię postaci to pierwsza litera i długość ciągu znaków, mam conajmniej kilkoro znajomych, którzy też wyrażają się o bohaterach literackich per “ten na W z długim nazwiskiem”. Biada takim jak ja, którzy wezmą się za “Króla…”, bo tu imiona postaci to: Raladan, Rapis, Rrodan, Ridareta, Riolena, Riolata, a do tego te trzy ostatnie nieustannie podają się jedna za drugą, używając też dodatkowo imienia Lerena, plus literówki, potęgujące zamęt… Bez notatek ani rusz
Ale żeby nie było, że tylko wybrzydzam, to książka mi się nawet podobała. Ciekawa koncepcja świata, dobrze zarysowani bohaterowie (przynajmniej niektórzy) i świetny klimat, a jak wiadomo, książka bez klimatu jest jak programista bez komputera. Klimat przywodzi mi najbardziej na myśl “Żywostatki” Robin Hobb, choć Hobb jest nieporównywalnie lepsza, a tej trylogii wręcz bliska ideału.
W fantastyce, zwłaszcza polskiej, najczęściej wkurzają mnie fragmenty, a w szczególności zakończenia, typu:
- Więc już wiesz? - zapytał.
- Tak - uśmiechnęła się. - Teraz już rozumiem.
A ja, biedny czytelnik, ni diabła nie wiem, nie rozumiem i waham się między dwiema interpretacjami: albo to ja jakaś niekumata jestem, albo autor też do końca nie wie i w taki sposób postanowił wybrnąć. Wolałabym, żeby był obowiązek zaznaczania, że to właśnie opcja druga, bo dopuszczenie pierwszej ewentualności strasznie mi obniża samoocenę.
O mało bym nie zapomniała: duży plus za zaliczenie kotów do ras rozumnych w świecie przedstawionym. Oczywiście w świecie rzeczywistym koty również są rozumne, ale na razie za bardzo się z tym nie afiszują. U Kresa, w świecie Szereru, koty są już po powstaniu, w którym wywalczyły sobie równe prawa.
Kres też niestety popełnił w okolicach epilogu taki fragment, ale może to po to, żeby miał jeszcze o czym napisać parę książek w cyklu, więc chwilowo mu wybaczam.
Pozycja własna, dostępna do wypożyczenia.
Napisane w Recenzje | Tagi: fantastyka, Feliks W. Kres, Król Bezmiarów, recenzja, książka