Pierwszy maja minął mi na leżeniu w łóżku i oglądaniu “Ally McBeal”, leżeniu w łóżku i jedzeniu słodyczy, leżeniu w łóżku i oglądaniu “House M.D.”, leżeniu w łóżku i przytulaniu się do Słoneczka, leżeniu w łóżku i czytaniu “Harry Potter and the Order of the Phoenix”, leżeniu w łóżku i oglądaniu “Stardust”. Aha, wspomniałam o leżeniu w łóżku? I just love that.
Ciąg dalszy majówki zapowiada się mniej leżąco, najbardziej nurtuje mnie kwestia jej zakończenia, bo mam kilka opcji i żadna mi się nie podoba. Albo jest to spóźnienie się parę godzin do pracy, co nie jest zbyt mądre ani odpowiedzialne, albo wracanie samej pociągiem i to pewnie na stojąco…
Coby kącikowi recenzenckiemu stało się zadość: “Stardust” jest prześliczną bajką. Ma wszystko co trzeba: złą wiedźmę (nawet w liczbie mnogiej), młodego księcia, nieświadomego swego pochodzenia, księżniczkę uwięzioną przez jeszcze jedną złą wiedźmę, tajemniczą piękność, ukryty świat na krawędzi naszego świata, wielką miłość, walkę o koronę baśniowego królestwa między synami króla, malowniczych piratów, magię, jednorożca, duchy i trochę rzeźni, acz w standardach amerykańskiego kina dla dzieci (”some violence, no blood” - no właściwie to jest trochę krwi, ale jako że to krew księcia, to jest niebieska, :D). Do tego De Niro, Pfeiffer i Claire Danes plus parę mniej znanych, ale niczego sobie, ról męskich. Fabuła przewidywalna aż do bólu, ale od tego są bajki, żeby mieć happy endy, nie?
Dodatkowo wyłapałam w filmie dwie aluzje do innych tytułów i zastanawiam się, czy były celowe, czy ja już jestem skrzywiona i wszędzie doszukuję się nawiązań, bo żonglerkę nawiązaniami, reinterpretacjami i motywami pasjami uwielbiam (vide Sapkowski, Pratchett i z trochę innej kategorii: Herbert, Kaczmarski). Jedna to scena z nożem pod łózkiem, żywcem jak końcówka “Nagiego instynktu”, a druga, dość oczywista, z “Titanica”.
Osobistą satysfakcję sprawia mi fakt, że piosenkę tytułową filmu nagrał mój ulubiony zespół z lat szczenięcych. Z zapałem zaprzeczałam wtedy proroctwom złośliwców, że za 10 lat nikt o nich nie będzie pamiętał. No i proszę - pamiętają, nagrywają piosenki do fajnych filmów i nawet w radiu ich czasem można usłyszeć. Here they go: