Napisane przez: perpetka | 2008-05-04

Świętokrzyska majówka

Trzeciego maja urządziliśmy sobie z zaprzyjaźnioną parą zwiedzanie ziemi świętokrzyskiej. W zasadzie plan był taki, żeby spotkać się jeszcze z Markiem i Kasią na zamku w Olsztynie (tym pod Częstochową, nie na Mazurach), ale oni przestraszyli się pogody i wymiękli. Skoro już nie musieliśmy jechać aż pod Częstochowę, postanowiliśmy najpierw zajrzeć do Chęcin.

Zamek w Chęcinach pięknie góruje nad krajobrazem, ale w sumie wiele się z niego nie zachowało – mury i baszty. Małe to jakieś takie, w ogóle nie wiem, jak tam ludzie mogli mieszkać. Najbardziej współczuliśmy tym, którzy w pełnej zbroi musieli się kiedyś wdrapywać pod tę górkę. Z baszty piękny widok na otaczającą okolicę – tylko Magda zdecydowała się nie tam nie wspinać, a zamiast tego zaprzyjaźniła się z sympatycznym psiakiem, nieco na wyrost opisanym na bramie jako “Uwaga – zły pies”.

Po drodze do Chęcin Łukasz rzucił “A może wpadlibyśmy do Jaskini Raj?”, co spotkało się z wielkim entuzjazmem. Okazało się, że moi świętokrzyscy współtowarzysze jeszcze nigdy tam nie byli.
Z Jaskinią jest taki problem, że cały jej mikroklimat jest piekielnie wrażliwy. Sam dwutlenek węgla wydychany przez turystów może zaszkodzić szacie naciekowej, dlatego dziennie wpuszczanych jest do środka tylko 600 osób, pierwszeństwo mają osoby z rezerwacją. My rezerwacji nie mieliśmy, więc pani w okienku poinformowała nas, że może o 19.10. Było przed 12, więc specjalnie nas to nie zachwyciło. Jednak dalsze molestowanie pani pozwoliło nam dowiedzieć się o możliwości przyłączenia się do grupki o 12.15. I takim oto fartem udało nam się zwiedzić to cudo.
Pani przewodniczka opowiadała mnóstwo dowcipów – o tym, że manekin człowieka neandertalskiego na ekspozycji przypomina turystom Piotra Rubika i że miała kiedyś (głodnego najwyraźniej) zwiedzającego, któremu wszystkie formacje skalne przypominały pierogi. Na sam koniec zwiedzania pokazała nam paskudnego, jadowitego pająka i powiedziała, że takie siedzą w całej jaskini, dlatego pokazuje nam go dopiero przy wyjściu. Brrrr… Najbardziej podobały nam się formy, które pani przewodniczka nazywała “meduzowatymi”. Jeden z nich nazywany jest “pagodą”. Chłopaki stwierdzili, że im przypominał macki Cthulhu, mi przypominał fontannę do czekolady
Zaskakująco, choć zwiedzanie jaskini wydawało się trwać tylko chwilę, zeszło na tym 45 minut. Po wyjściu kupiłam sobie kolejne kolczyki – tym razem z “piasku pustyni”. Wsiedliśmy znów do samochodu i obraliśmy kurs na Ujazd. W Kielcach Słoneczko włączyło GPSa, który miał nam pomóc wyjechać na właściwą trasę, ale zupełnie się pogubił. Głos Krzysztofa Hołowczyca powtarzał ciągle “w lewo… w lewo…”, kręciliśmy się w kółko po nieutwardzonych uliczkach, a ja ze starym atlasem na kolanach płakałam ze śmiechu, twierdząc, że trzeba skręcić z Alei Lenina w ul. Rewolucji Październikowej. W końcu udało nam się wyjechać na wylotówkę. Marcin zauważył, że na szczęście przynajmniej nie pada… no i wykrakał.

W końcu dotarliśmy do zamku Krzyżtopór. Kompletnie zrujnowany, ale absolutnie przepiękny. Stwierdziliśmy, że idealnie nadawałby się na strzelankę ASG, LARPa lub postawę scenografii do gry komputerowej. No ale my jesteśmy zboczeni :)
Pałac zbudowany został w XVII wieku z zastosowaniem rozwiązań znacznie wyprzedzających swoje czasy, m.in. systemem grzewczym i wentylacyjnym. Ponoć miał 365 okien (tyle ile dni w roku), 52 pokoje (tyle, ile tygodni w roku), 12 sal (tyle, ile miesięcy), a nad jadalnią rolę sufitu pełniło akwarium z egzotycznymi rybami… Niestety, do dziś zachowały się tylko urokliwe kamienne ściany (nasze zdjęcia tutaj). Przy okazji zwiedzania uzbieraliśmy na butach i nogawkach przemysłowe ilości świętokrzyskiego błota lessowego.

Na koniec udaliśmy się do Opatowa na obiad. Przypadkiem zaparkowaliśmy tuż pod muzeum i reklamą kolejnej atrakcji turystycznej – podziemnej trasy po piwnicach dawnych składów kupieckich, rozciągających się pod rynkiem. Ekspozycja nie była szczególnie pasjonująca, gdyby nie pod ziemią, to jak każde inne regionalne muzeum. Zwiedzanie utrudnione było przez kilka denerwujących bachorów, których rodzice nijak nie potrafili opanować.

Naprzeciwko muzeum znajdowała się restauracja Żmigród, gdzie poszliśmy na obiad. Nie polecamy. Jedzenie wprawdzie smaczne, ale obsługa najpierw nie spieszyła się odebrać zamówienie, potem okazało się, że menu to można sobie poczytać, bo “teraz jest wesele w sali obok, więc mogą być schabowe albo filety”, następnie zamiast zamówionego bukietu jarzyn, który widziałyśmy na stoliku obok, dostałyśmy “bukiet surówek” zubożony do postaci “kupka buraczków”. Kompromitację dopełniało angielskie tłumaczenie jadłospisu, usiane takimi kwiatkami jak “boilet vegetabllles”.

W końcu wróciliśmy do Skarżyska, bo muzeum w Krzemionkach było już zamknięte. Majówkę zaliczamy do super udanych i już snujemy plany na przyszłość: albo trasa świętokrzyska bis (Iłża, Krzemionki, Ćmielów, Bałtów), albo Szlak Orlich Gniazd z Krakowa startując (”tylko ktoś musiałby załatwić jakiś apartament w Krakowie” ;) ), albo Malbork i inne zamki krzyżackie.


Odpowiedzi

  1. Krzyżtopór absolutnie rz0ndzi i faktycznie na LARPy się nadaje idealnie (zresztą nie wiem, czy one czasem się tam nie odbywają). Z ciekawostek do zobaczenia w ramach majówki świętokrzyskiej bis polecam jeszcze Szydłów — miejscowość, w ktorej czas się zatrzymał tak na oko sto lat temu.

  2. fajniutki mialas dlugi weekend ;-) Zdjecia obejrze jak tylko wydostane sie z biura ;-)


Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź:

Kategorie