Wczoraj wieczorem zaplotłam sobie włosy w cztery warkoczyki i w ten sposób o poranku uzyskałam na kilka godzin burzę loków. 5 osób powiedziało mi na wejściu do biura, że ładnie wyglądam. No i Całuśnik wrócił dziś do pracy, więc zostałam od razu wyściskana (I missed that, nikt inny tak mocno nie testuje sprężystości moich żeber
) Mogłoby się wydawać, że to będzie dobry dzień. Nie był. Poniedziałek odebrał dziś swoje zaległości.
Pan Kanapka przemknął przez nasze piętro tak szybko, że nie zdążyliśmy wyjść z pokoju, a jego już nie było.
Wczesny popołudniem do naszych uszu dobiegł dźwięk tłuczenia czegoś w kuchni.
- Stawiam na Oskara - powiedziałam.
- Stawiam na cukierniczkę - powiedział Tomuś.
Oboje się myliliśmy. Ofiarą padł słynny kubeczek IBMa, do którego tylko bAdmin mógł się logować. Powiedziałabym, kto tam najbliżej niego stał, ale lubię moje comiesięczne przelewy na konto i chciałabym, żeby w przyszłym miesiącu ktoś też taki zrobił. Nieutulonego w żalu bAdmina namawiamy, żeby odesłał szczątki do IBMa na naprawę gwarancyjną.
Padłam ofiarą dyskryminacji płciowej w miejscu pracy. Tomek zabronił mi przeklinać, bo “mimo wszystko jednak podobno jesteś kobietą”.
Pod koniec dnia musiałam się jeszcze użerać z linuksem. Nie po to Microsoft przez całe studia otaczał mnie opieką i programami promocyjnymi, żebym musiała X-ów używać, nie? Ostatecznie użeranie się z linuksem skończyło się tym, że bAdmin klikał, a ja w zamian częstowałam go śliwkami w czekoladzie.
Okazuje się jednak, że użeranie ma ciąg dalszy (i nawet nie można zwalić tego na linuksa), jest 1:40, ja się poddaję…