Napisane przez: perpetka | 2008-05-31

“We need to get back to the island…”

Nieeeee! Nie mogą mi tego zrobić! Nie mogą naprawdę czekać z 5. serią Lost aż do lutego!

Ten serial jest absolutnie najgenialniejszym serialem w historii. W sumie ABC chyba trochę zaryzykowało z jego produkcją – to nie jest coś, co można oglądać “z doskoku”, co któryś odcinek. To jest całkowicie angażujące przeżycie, każda scena ma znaczenie, niesamowite puzzle tej pokręconej historii odkrywają się po kawałeczku w każdym odcinku, a biedni widzowie obracają je na wszystkie strony i próbują dopasować, czerpiąc z tego kombinowania niewysłowioną przyjemność.

Mnóstwo ludzi rozczarowało się, odkrywszy, że nie jest to serial realistyczno-obyczajowy, tylko mistyczno-tajemniczo-magiczny (niektórzy mówią, że sci-fi, ale “sci” to tu za dużo nie ma, a poza tym sci-fi kojarzy się głównie z podróżami międzygwiezdnymi). Zaprawdę, powiadam wam – nie wiedzą, co tracą. Pierwszy odcinek faktycznie był taki sobie, pamiętam nawet ze wstydem, jak po jego obejrzeniu powiedziałam do Słoneczka “E, i co ludzie takiego widzą w tym serialu?”. Ale już po trzecim trudno się oderwać :)

Niesamowita jest zabawa scenarzystów czasem narracji. Zaczyna się lightowo – jest czas na wyspie i to, co było przedtem. Potem zaczyna się zabawa z żonglowaniem retrospekcjami tak, żeby widz myślał, że wydarzyły się w innej kolejności niż faktycznie. A od końca trzeciej serii zaczyna się jazda bez trzymanki…

[teraz tu mogłabym napisać kilka sążnistych paragrafów, ale nie będę spojlować tym, co jeszcze całej czwartej serii nie widzieli. Tym co nie widzieli nawet pierwszej, trochę zazdroszczę - akurat nadgonią do rozpoczęcia piątej, o ile będą rozsądnie gospodarować odcinkami, a z oglądaniem Losta po raz pierwszy niewiele frajd może się równać]

No więc wiecie już, co robiłam przed chwilą, a mam jeszcze zaległe całe wczoraj do opowiedzenia. Zobaczymy, czy na blogu też da się prowadzić narrację wstecz.

Wieczorem wyskoczyłyśmy z mamą na krótki shopping. O mało nie kupiła mi butów, ale się wybroniłam ;) Znaczy jedne były odrobinkę za duże (a pantofelki jednak nie powinny kłapać jak klapki), a drugie miały takie brzydkie motylki w roli ozdób. Ale jeszcze sobie coś upoluję.

W pracy od trzech dni użeram się z kodem autorstwa naszych byłych programistów i powtarzam pod nosem “debil, kretyn, idiota, bałwan”. Powinnam mieć dodatek za pracę w szkodliwych warunkach, tam są takie kwiatki, że oczy pękają. Do tego ciągle ktoś coś chce ode mnie i żongluję programowaniem, helpdeskiem, planowaniem i sprawami kadrowymi. Osiwieję przedwcześnie…

W ogóle to obudziłam sięo 4:50. Miało to chyba jakiś związek z tym, że zasnęłam jakoś wcześnie, nie wiem dokładnie, o której, w ubraniu i z nosem w książce (w przenośni oczywiście – jak oczy mi się zamykały, zdążyłam książkę odsunąć, odruch dbania o książki mam mniej więcej wyrobiony). Budzenie się przed piątą nie leży w mojej naturze, więc było to nowe, ciekawe doświadczenie. Wiecie jak szybko działają o tej porze serwery? :)

Tu z kronikarskiego obowiązku dodać należy, że ksiązka, na której zasnęłam, to właśnie skończony drugi tom antologii “A.D. XIII”. Pierwszego nie mam :) Nie wiem za bardzo skąd tytuł, ale rzecz traktuje o aniołach, demonach i tym podobnych klimatach, co teoretycznie dawało pisarzom sporą swobodę, a w praktyce pokazało, że to trudny temat i najwygodniej to jednak wpaść w wygodny motyw “niebo i piekło zupełnie jak ziemskie firmy, anioły i diabły podobne do ludzi”. Nie chce mi się pisać szczegółowej recenzji, bo w zbiorku nie było żadnego opowiadania na tyle dobrego, żeby się nim pozachwycać, ani żadnego tak złego, żeby się poznęcać.

Mój biedny brzuszek trochę się buntował, bo z okazji imienin najpierw nakarmiłam go aż pięcioma zapiekankami (oj, bo taka głodna przyszłam z pracy), a potem dwiema eklerkami (oj, bo taką miałam na nie straszną ochotę od rana… i malutkie były). Ale to się spali… Przedwczoraj dostałam od Słoneczka fajne małe damskie hantelki do ćwiczeń, teraz tylko trochę nimi pomachać… albo może lepiej jutro…

A w czwartek w pracy też było koszmarnie. Miłym akcentem był poranny mail z życzeniami od jednego z byłych podwładnych :) Obecni wszyscy zapomnieli/nie wiedzieli i mieli fajne miny, jak Alicja wpadła, dygnęła i złożyła mi życzenia wierszowane.

Przedtem była środa. W środę pisałam na blogu taką dość nieudaną notkę o przeglądzie prasy… Prrrr, stój, głupia, wpadasz w rekurencję ;)


Odpowiedzi

  1. Nie wiedzialem nic o imieninach, przepraszam :-( Wszystkiego najlepszego :-)


Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź:

Kategorie