W sobotę pojechałam do Lublina na ślub Ani. Ślub jak ślub (Ania wyglądała cudnie), ale za to potem dojechała Asia i wraz z gospodarzami oddałyśmy się planszówkowej orgii. 15 godzin grania z krótką przerwą na sen.
Zaczęliśmy od RoboRally w szóstkę, które jakoś mnie nie kręci. No nie kręci, nie wiem czemu, nie bawi mnie ta gra. Niby jeździ się robocikami po planszy, programuje, interakcja jest, śmiech jest… a nudzi mnie. Potem testowaliśmy Ligretto Futbol, głupie to jak diabli, ale zabawa na pół godzinki przednia. Ciekawe co na to sąsiedzi
Potem zagraliśmy Atomuuuuwki, ale na 6 osób to trochę jakieś drętwe wyszło. Gnomy opuściły nas, aby zdążyć na ostatni autobus i nadszedł czas na długo oczekiwany (przynajmniej przeze mnie) Arkham Horror.
Arkham Horror to tzw. cooperative, czyli gracze są drużyną, a nie grają przeciwko sobie. Jak można się domyślić z nazwy, setting gry jest lovecraftowski, po ulicach Arkham biegają potwory, obok planszy powoli przebudza się Wielki Przedwieczny, a kilku Badaczy heroicznie próbuje zamknać bramy łączące naszą spokojną rzeczywistość z Innymi Światami. Jeśli chodzi o mechanikę, to jest to turówka z przechodzącym znacznikiem pierwszego gracza, trochę turlania i ciągnięcie kart zdarzeń. W zasadzie to klimatyczny erpeg, w którym rolę Mistrza Gry pełni kilka pokaźnych stosików kart. Baaaardzo mi się podobał, choć pod koniec byliśmy już zmęczeni nierówną walką i chcieliśmy nawet, żeby zeżarł nas Przedwieczny, byle to znaczyło, że można wreszcie iść spać.
Baaardzo mi się podobało. O wpół do czwartej padliśmy spać. O dziewiątej obudziło mnie pragnienie udania się do łazienki, ale zamiast wstać i udać się, to jeszcze w takim półśnie rozważałam, ile sukcesów muszę wyrzucić na trzech kostkach, żebym mogła pójść…
Rano zapoznaliśmy się z grą Stone Age, którą ochrzciłam “Agricolą light”. Potem przyszła pora na trudną decyzję (”no dobra, to ja nie dojadę na siatkówkę”) i kolejnego długiego cooperativa – Draculę. Elanor była Draculą i ganialiśmy ją po Europie. Na początku nieźle się nam wymykała, potem nastąpiło epickie starcie, w którym poległa nieoceniona Mina, następnie wampirzyca o mało nie wykrwawiła się na śmierć, pływając po morzach i wreszcie umarła na ciężkie zatrucie osinowym kołkiem.
Drogę powrotną do stolicy przegadałyśmy z Asią praktycznie bez chwili milczenia. Przed nami ciężki tydzień, ale o tym później, bo właśnie muszę odespać.
Wow jaka sesja. Widac, ze Ci to sprawia radosc
Przez: kamil w 2008-08-16
o 12:03