Upajam się właśnie otrzymaną od nieco spóźnionego Mikołaja (ale to nie wina Mikołaja, że w Polsce raczyła się pojawić dopiero prawie 2 tygodnie po premierze) nową płytką Take That “The Circus” i próbuję przeniknąć swoim małym rozumkiem logikę, jaka przyświeca wydawcom. OK, przyjęłam do wiadomości, że istnieją albumy i single – albumy powinny być dla tych, których interesuje wszystko i powinny być droższe, single powinny być tanie i zawierać tylko piosenkę tytułową, ewentualnie jakieś remiksy. Ale nie…
Po pierwsze, starsze single w Polsce nie są praktycznie w ogóle dostępne, teraz się trochę poprawiło. Po drugie, jak już są, to kosztują mniej więcej połowę tego co album. Jeśli ktoś już kupił album, to singiel teoretycznie nie powinien mu być potrzebny.
Żeby więc zachęcić ludzi do kupowania singli, wydawcy pakują na nie piosenki, które nie załapały się na album. Najczęściej są to piosenki dużo lepsze od niektórych albumowych
Z B-side’ów Take That można by złożyć naprawdę niezły album. Przykładowo właśnie odkryłam, że na singlu “Patience” znajduje się dodatkowo utwór “Beautiful Morning”. Znalazłam go na YouTube (z B-Side’ów TT brakuje na YouTube tylko “Don’t Take Your Love” z “Pray” – kiedyś miałam ją na kasecie, ale gdzie ja w dzisiejszych czasach znajdę magnetofon?). Fajny kawałek, ale gdybym zapragnęła go mieć, musiałabym wydać na singiel 17 zeta + koszty przesyłki. Za tę cenę otrzymałabym piosenkę, którą już mam na albumie (album kosztował 35 zł) i pożądany “Beautiful Morning”. Drogawo, nieprawdaż? 17 złotych za jeden utwór? I dlatego poprzestanę na YouTube.
Dla utrudnienia jeszcze single i albumy różnią się między krajami. Na polskiej edycji albumu “The Circus” brakuje ostatniej piosenki “Here” (za to jest niewymieniony na okładce hidden track* “She Said”). Jeden z moich ulubionych kawałków “Butterfly” dostępny jest jedynie na edycjach “Tour souvenir” i japońskiej. Singiel “Shine” ma dwa różne B-side’y – “We Love To Entertain You” w wersji niemieckiej i “Trouble With Me” w wersji UK. I tak dalej, i tak dalej… Jeśli ktoś marzy o skompletowaniu wszystkich piosenek, to trochę go to będzie kosztować…
Wyobrażacie sobie sytuację, kiedy idziecie do sklepu kupić marchewkę i dowiadujecie się, że jest dostępna tylko albo na albumie “kilogram włoszczyzny obranej” albo na singlu “marchewka (+ puszka groszku jako B-side)”? Albo że nie możecie kupić pieprzu, bo został wprawdzie wydany w składance “przyprawy świata”, ale tylko w edycji na rynek niemiecki?
A dlaczego w przemyśle spożywczym się tak nie dzieje? Ano bo tam nie ma monopolu. Każdy może sprzedawać marchewkę – czy to mrożoną z groszkiem, czy samą bez opakowania, czy też obraną i paczkowaną w ekskluzywnym pudełku z gratisem, a do klienta należy wybór, która “edycja” mu odpowiada. W przemyśle muzycznym mając ochotę posłuchać piosenki Take That masz wybór, że albo zapłacić Polydorowi, ile sobie życzą, albo nie posłuchasz.
Zapewne dlatego Polydor wraz z innymi wytwórniami płytowymi płacze, że traci miliony przez piratów, a producenci marchewki z piracką marchewką jakoś nie mają problemów…
[tak, wiem, że przykład z piracką marchewką jest z gruntu bez sensu, ale ładnie brzmi
]
———————-
*) hidden tracks może były fajnym pomysłem w czasach kaset magnetofonowych, ale dziś, kiedy wrzucam płytkę w WinAmpa czy w wieżę i ustawiam ciągłą playlistę, to nie po to, żeby znajdowała się na niej 8-minutowa ścieżka o zawartości: 3 minuty jednej piosenki, 2 minuty ciszy, 3 minuty drugiej piosenki. Chyba po to są ścieżki na CD, żeby te dwie piosenki znajdowały się na osobnych, nie?
Nic z czym zripowanie płyty na MP3 sobie nie poradzi, ale nie po to kupuję oryginała, żeby musieć go zripować do stanu używalności, prawda?