Zagrali my sobie dziś Race for the Galaxy. 2 wprowadzające ja z Asią i 2 w składzie pięcioosobowym.
Jak dla mnie – no niezłe, ale bez zachwytu.
Setting i miodność: bardzo ładne karty, setting nie z mojej ulubionej bajki (SF), miodność grania dla mnie średnia.
Technikalia: oznaczenia na kartach na początek przerażają, ale szybko okazują się przyjazne. Łatwo o błąd – zapomnienie o jakimś bonusie czy pokręcenie czegoś przy konsumpcji, ale nie bardzo mam pomysł na technicznie lepsze rozwiązanie tej kwestii bez straty na prostocie karciankowości. Stos kart jest duuuuży i przez to trochę trudno się go tasuje.
Interakcja: jakoś – może to kwestia początkowania – wyglądało to dla mnie, że każdy sobie układa swoje karty, ledwo rzucając okiem, co robi reszta. Może z nabraniem wprawy pilnowanie przeciwnika nabiera więcej wagi i można układać taktykę nie tylko pod siebie. Jak Asia zauważyła, to jest “race”, trzeba patrzeć, czy ktoś nas nie wyprzedza, a nie układać każdy swojego pasjansa. Ale na razie w moim odczuciu interakcji nie ma wcale, jedyną zaobserwowaną było poganianie Filka.
Hate: zerowy. Nie można bezpośrednio szkodzić innym graczom.
Rola czynnika losowego: IMO za duża. A karty są złośliwe i nie przychodzą. Ale tu też wprawa w graniu może to niwelować.
Replayability: nie wiem. Wydaje mi się, że trochę można pograć, ale jednak stos się przewija, a chociaż jest spory, to jednak nie aż tak duży, żeby na nie wiadomo ile go starczyło. Na razie każda taktyka była inna, więc chyba na całkiem sporo gier starczy.
Wiem, że moja recenzja wyszła niezbyt zachęcająco, ale całkiem przyjemnie się gra