Fajny film wczoraj widzieliśmy… Momenty były? Nie było.
Mianowicie wybraliśmy się z Habrami na Walkirię, w której grał Tom Cruise i jacyś statyści.
Film opowiada historię słynnego nieudanego zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu, więc problem jest ten sam, co z pierwszą serią “Rzymu” – widz i tak wie, jak to się skończy (“no chyba, że widz amerykański, on pewnie nie wie” – jak zauważyła Kasia). Aczkolwiek przez całe oglądanie ma się nadzieję, że może jednak będą ahistoryczni i skończy się inaczej…
Cruise jak zwykle jest śliczny, a jego postać idealna, honorowa, bez skazy i w ogóle. Niektórzy mówią, że nie mogą już oglądać filmów z Tomem, bo im przeszkadza, że jest nawiedzonym scientologiem. Mi jakoś nie przeszkadza, scientologiczny ogień pałający mu w oczach w większości scen miał przysłonięty piracką przepaską. Pozostali aktorzy jakoś nie robią wrażenia, no może ewentualnie Bill Nighy (zupełnie niepodobny do Davy Jonesa, którego grał w “Piratach…”).
Imponująca scena otwierająca, ukazująca atak alianckiego lotnictwa gdzieś w Tunezji jest niewątpliwie najbardziej widowiskową częścią filmu (“I to jest, k**wa, groza wojny, a nie jakieś “czuję się taki wyobcowany przez Niemców…”") i warto zobaczyć ją w kinie. Reszta, mimo że też ładnie nakręcona, raczej nie straci na małym ekranie. Są to głównie dialogi, rozmowy telefoniczne, Niemcy w mundurach biegający w te i wewte plus jedna efektowna eksplozja. Twórcom udało się jednak uniknąć dłużyzn i przynudzania, akcję zdynamizowali pokazując rozwój wydarzeń z wielu punktów widzenia. Nawet dawka typowego dla amerykańskiego kina patosu była strawna (może to dlatego, że Amerykanie nie umieją nakręcić niemieckiego patosu?) i całkiem na miejscu – w końcu nie można było spłycić dramatycznej historii do jakiejś Mission Impossible…
Ogólnie film oglądało się z tchem zapartym i chusteczką przy oczach w scenach końcowych. Polecam.
Ogólnie chciałem powiedzieć, że się zgadzam, z jednym wyjątkiem – nie wszyscy statyści to statyści -> Kenneth Branagh
Przez: Ink w 2009-02-25
o 02:38