Fajny film widziałam. I momenty były.
Warning: “Australia” nie jest z tych filmów, w których chodzi o napięcie i fabułę, więc będę spojlować.
Jeśli komuś podobało się “Przeminęło z wiatrem”, to “Australia” też się spodoba. Rzekłabym nawet, że jest trochę stylizowana na stare filmy, ma taką kolorystykę, klimat i rozmach.
Pierwsza część filmu to tradycyjny westerno-romans w imponujących australijskich krajobrazach. Akcja jest totalnie przewidywalna już od momentu, kiedy napuszona angielska lady (Kidman) i luzacki kowboj (Jackman) spotykają się po raz pierwszy – od razu wiadomo, że z początkowej niechęci będzie seks, tylko nie wiadomo za ile minut filmu (btw – seksu mało, wielbiciele kina erotycznego nie będą tą nędzną pojedynczą sceną usatysfakcjonowani).
Po wielkim finale (pozornie skazana na porażkę dzielna ekipa osiąga cel i pokonuje Złego Konkurenta) scenarzysta stwierdził “oh shit, miało być dłuższe!” i dopisał jeszcze godzinę filmu w tonacji mocno patetycznej i z większym akcentem na tragedię “skradzionych pokoleń” oraz grozę wojny. Mamy bohaterstwo, widowiskowe eksplozje japońskich bomb i happy end.
Panie: weźcie chusteczki. Panowie: raczej idźcie na piwo
dobrze, ze uprzedzilas, to nie rpzeczytalem i jeszcze jest szansa, ze obejrze
Przez: kamil w 2009-05-05
o 08:07