Napisane przez: perpetka | 2009-06-06

Battlestar Galactica

Założenie marketingowe było zapewne takie, że widzowie remake’u serialu Battlestar Galactica, zasmuceni zakończeniem 4 serii, zapragną kontynuować znajomość z bohaterami na planszy gry wydanej przez Fantasy Flight Games. W moim przypadku było dokładnie odwrotnie – uwiodła mnie gra i skłoniła do obejrzenia serialu.

Najpierw może o serialu. To była ciężka próba mojego zaufania do ludzi, którzy powiedzieli mi “obejrzyj, powinno ci się spodobać”. Science-fiction to nie moja bajka, próbowałam kiedyś obejrzeć początek w TVP i mnie uśpił, a w ogóle to całe to jakieś brzydkie, takie bure, no i bohaterowie mnie nie porwali. Tylko ze względu na opinię przyjaciół przebrnęłam przez miniserial (będący wstępem do właściwego serialu). I teraz już mogę powiedzieć, że nie żałuję.

“Galactica” opowiada historię floty kilkudziesięciu statków kosmicznych, na których ostatni przedstawiciele ludzkiej rasy uratowali się z nuklearnej zagłady urządzonej ludzkości przez zbuntowane roboty, zwane dalej Cylonami. Tak, wiem, brzmi żenująco głupio. Na szczęście sercem serialu nie są tanie efekty specjalne kosmicznych strzelanin, tylko konflikty i relacje międzyludzkie powstające w tej szczególnej sytuacji. Mamy walkę o władzę między dowództwem militarnej części floty, rządem cywilnym i opozycją, mamy konflikt ojca z synem, mamy alkoholizm, romanse, śmiertelną chorobę, religijne przepowiednie i trochę amerykańskiego patosu o patriotyzmie i demokracji. A wszystko to w atmosferze nieustającego zagrożenia i wzajemnej podejrzliwości, ponieważ ludzie wiedzą, że wśród nich są zakamuflowani cylońscy szpiedzy… A Cyloni mają Plan…

Oczywiście zdarzają się słabsze fragmenty, jak te które moje Słoneczko komentuje “zieeeew… Titanic…”, albo żenująca dla każdego informatyka akcja z cylońskim wirusem z początku drugiej serii. No i czołówka. Skąd taki dobry serial wziął taką beznadziejną czołówkę, to nie wiem. Ta z pierwszej serii wydawała mi się fatalna, ale w drugiej serii zmienili muzykę i jest jeszcze gorsza. A mi się wydawało, że to House ma słabą czołówkę… Ale to są szczegóły, które nie zmieniają ogólnie pozytywnego odbioru.

Oprócz tego są jeszcze dwa powody, żeby oglądać ten serial. Powód pierwszy – Michael Trucco w roli Sama Andersa:

Michael Trucco - Sam Anders

Michael Trucco - Sam Anders

i powód drugi – Jamie Bamber jako kpt. Lee Adama:

Jamie Bamber - Lee Adama

Jamie Bamber - Lee Adama

No dobra, ocieram kapiącą ślinę i przechodzę do opisu gry. Gra jest dobra, a nawet bardzo dobra. Można w nią z powodzeniem grać i bez znajomości serialu, ale ze znajomością jest jeszcze lepsza, bo wydarzenia na kartach łączą się z wydarzeniami, które znamy z kolejnych odcinków i możemy lepiej odgrywać postacie.

Pudełko może spokojnie kandydować do miana najgorszego pudełka na grę – mimo ogromu komponentów (kilka talii kart różnych rozmiarów, kości, plastikowe figurki viperów, raptorów i raiderów, garść rozmaitych żetonów, jak to w grach FFG), nikomu nie przyszło do głowy zrobić porządnych przegródek, zamiast tego jest zapakowane dużo powietrza, a pośrodku rynienka, w której mieszają się ze sobą wszystkie elementy. Bez sensu. Ale na tym niedostatki wydania się kończą – wszystko jest śliczne, klimatyczne, plansza nie za duża i z fajnym bajerkiem w postaci kręcących się liczników paliwa, zapasów, morale i populacji.

Gracze wcielają się w bohaterów serialu i próbują dolecieć battlestarem na Kobol. I w grze także jest taki problem, że Cyloni są wśród nas. Karty “człowiek/Cylon” rozdajemy zakryte na początku rozgrywki. Podczas gry co ruch załoga musi przezwyciężyć jakiś kryzys za pomocą tajnego głosowania kartami umiejętności. Oczywiście celem Cylonów jest tak dołożyć karty, żeby ludzie przegrali, ale żeby nie zorientowali się, że grasz przeciwko nim. A najlepsze jest to, że w połowie rozgrywki rozdaje się drugą połowę kart lojalności i człowiek może się nagle dowiedzieć, że jednak jest Cylonem (tu znający serial ze zrozumieniem kiwają głowami). W odpowiednim towarzystwie rozgrywka przeradza się w emocjonujące polowanie na czarownice, rzucanie oskarżeń, festiwal blefu i wzajemnych podejrzeń.

Niestety w tej beczce miodu jest malutka łyżka dziegciu – w nieodpowiednim towarzystwie gra może zupełnie nie wypalić. Albo dłużyć się niemiłosiernie (nasza pierwsza rozgrywka trwała 6 godzin. To było naprawdę przegięcie), albo utracić wymiar role-playowy (“nie gadaj, dorzucaj karty”), albo zostać odarta z emocji przez nieporadnego, początkującego Cylona (“nie wiedziałem, że można po kolorze kart poznać, kto dołożył…”). Rozwiązanie jest proste: nie grać z nieodpowiednim towarzystwem, następny proszę.

Następny odcinek – dziś wieczorem, następna gra – w długi weekend. Nie mogę się doczekać :)


Odpowiedzi

  1. Ty nawet taka gre potrafisz ciekawie opisac :-)

  2. Jak to “nawet” taką grę? Że niby sugerujesz, że gry są nudne? :>

    A w ogóle to przyznaj się, że tylko obejrzałeś zdjęcia ;)


Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź:

Kategorie