Nawet nie zdążyłam napisać, że wybieram się na konwent, a tu sru i już po konwencie. Eeeech…
Niewątpliwie Avangarda 2009 to moje najfajniejsze 4 dni w tym roku. Dla totalnie niezorientowanych – Avangarda to duży warszawski konwent, czyli taka impreza, na której można posłuchać prelekcji na różne niszowe tematy, wziąć udział w konkursach i pograć w planszówki. W tym roku Ava ponownie odbyła się w szkole, do której mogę w 20 minut przespacerować się na piechotkę, więc to już był jej pierwszy duży plus.
Albo ja się robię bardziej wybredna, albo prelekcje coraz mniej zachęcające (obstawiam to pierwsze – jak pierwszy raz byłam na konwencie, to nie skreśliłam połowy programu z hasłami “to już słyszałam”, “tego gościa nie lubię”, “to mnie na pewno nie interesuje”). W związku z tym postawiłam tym razem na opcję planszówkową i nie byłam na ani jednej prelekcji (znaczy pobrałam próbki z trzech, ale małe).
W czwartek w ogóle nie wyszłam z Games Roomu – poznałam parę osób, które znałam z forum, parę zupełnie nowych ludziów i parę gier. Załapałam się też do półfinałów turnieju Jungle Speeda, ale w półfinale zupełnie mi nie poszło.
W piątek dojechała ekipa lubelska i za diabła nie pamiętam, co robiliśmy. Na pewno graliśmy w Small World. Wieczorem poszliśmy na konkursy “Prawda czy fałsz” i Potterowy. W pierwszym otarliśmy się o podium (4. miejsce), w drugim kibicowałam dzielnej drużynie RR, grając w międzyczasie na komórce. Było fajnie. Konwent zaczął obrastać karteczkami “uwaga, punkt programu ten i ten odwołany”, co znacznie ułatwiało mi decyzję, czy pójść do GR
Sobotę rozpoczęliśmy konkursem “z jakiego filmu ten kadr”, a potem poszliśmy w planszówki z małą przerwą na konkurs Tolkienowski. Oba konkursy znacząco poprawiły się w porównaniu z zeszłym rokiem, acz filmowy miał poważne problemy techniczne (rzutnik nie chciał działać bez prądu). Potem świetnie bawiliśmy się, zgadując pozostałe kadry przygotowane na konkurs. Poszło nam o wiele lepiej niż w samym konkursie. Niemniej głównym daniem dnia było planszówkowanie, ukoronowane doskonałą partią TtA.
W niedzielę przyszliśmy na jeden punkt programu – konkurs planszówkowy. Zgodnie z planem wygraliśmy, a nawet zrobiliśmy 120% normy, bo odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania (tak, chwalę się bezczelnie). A potem niestety konwent skończył się, ale zrobiliśmy sobie jeszcze udane after-party, a raczej after-granie. Łącznie w 4 dni 29 partii w 15 różnych gier
Podsumowując – bawiłam się doskonale, ale wydaje mi się, że organizacja nieco w tym roku kulała. Ja wiem, że z organizatorami konwentu jest jak z administratorem sieci – jak wszystko jest w porządku, to nikt ich nie zauważa, a jak coś zawodzi, to od razu góra pretensji… Ale jednak pomarudzę: straszny syf w toalecie, słaba promocja turnieju Dominiona, bar zaznaczony na planie w jakimś dziwnym miejscu i wystawiona tam atrapa, bez żadnej informacji, że bufet jest tam, gdzie normalnie, słaba informacja o należnych bonusach (mam wrażenie, że cośtam mi się należało za akredytację w przedpłacie, ale nie wiem, może to tylko człowiekowi przy wejściu się coś pomyliło?), no i te nieszczęsne znikające punkty programu. Żadna z tych wad nie jest specjalnie poważna ani dyskwalifikująca, ale jakoś milej by było, jakby ich uniknąć.
Co oczywiście nie zmienia faktu, że z niecierpliwością czekam na Avę w roku przyszłym, a po drodze jeszcze Falkon i może też Polkon!
milo, ze mialas milo
Przez: kamil w 2009-07-17
o 15:57